Kiedy piszę te słowa w połowie drugiego dnia po wyborach do samorządów lokalnych, nadal nie znamy ich wyników. Do liczenia głosów zaprzęgnięto zakupione za kolosalne pieniądze najnowocześniejsze technologie, które rzekomo zawiodły. W mgliste obietnice PKW o ogłoszeniu wyników wieczorem raczej mało już kto w Polsce wierzy, bo wszyscy spodziewają się kolejnej niespodzianki, którą PKW uzasadni dalsze prace nad liczeniem głosów i nie podawanie opinii publicznej wyników wyborów. Gdyby zamiast organizować niekończące się konferencje prasowe, PKW zabrała się za ręczne liczenie głosów, to wynik już dawno byłby znany.
Jaką możemy mieć gwarancję, że system informatyczny, który w dziwacznych okolicznościach został zakupiony w tym jednym konkretnym celu, a który w dniu wyborów dziwnym trafem zawiódł, nie zawiedzie ponownie i nie poda nam wziętych z sufitu wyników, które powstały w trzewiach wadliwie działającego systemu komputerowego? Do tego dochodzi przerażająca liczba nieprawidłowości zgłoszonych w wielu lokalach wyborczych na terenie całego kraju. Wokół akcji liczenia głosów panuje chaos, a jak wiadomo w chaosie łatwo ukryć różnego rodzaju szwindle, które z całą pewnością miały miejsce i wpłyną na wynik wyborów. Zatykające się kartami do głosowania urny – przy bardzo niskiej frekwencji, pojawianie się dziwacznych kart do głosowania i ich tajemnicze zniknięcia oraz pojawienia się w wielu miejscach w kraju dają wiele do myślenia. Mówimy oczywiście tylko o przypadkach, które zostały wychwycone i ujawnione do tej pory. Rzekoma awaria serwerów PKW na bardzo długi czas również stanie się tematem rozlicznych spekulacji, dając mocne powody do podważania wiarygodności mandatów wybranych w tak chaotyczny sposób przedstawicieli. Najważniejszy z aktów obywatelskiej aktywności w całym systemie demokracji, którą rzekomo mamy w Polsce od 25 lat – akt głosowania – nie budzi w wyborcach zaufania.
Można powiedzieć otwarcie, że jest to jawna kpina z nas wszystkich. Wybory zostały ośmieszone przez tych, którzy mieli obowiązek zorganizowania ich. Najuczciwszym rozwiązaniem byłoby powtórzenie wyborów. Argument za? Utnie to w przyszłości wszelkie spekulacje i teorie spiskowe. Argument przeciw? Wysokie koszty powtórzenia wyborów. Ale może by tak zamiast wydawać kolosalne pieniądze i poświęcać prawie całą swoją energię na wprowadzanie „demokracji” (która po 25 latach jej praktykowania wygląda tak, jak opisałem powyżej) u naszych wschodnich sąsiadów, wydać je na wprowadzenie w końcu demokracji w naszym własnym kraju?
Demokrację podobno mamy w Polsce od 25 lat. Może jest to najlepszy czas, by do władzy zostali w końcu dopuszczeni demokraci? Może szeregi partyjne w Polsce powinni zasilać demokraci, a nie wodzowie, którzy w większości ugrupowań jednoosobowo decydują o kierunku działania całych struktur partyjnych? Może władza w kraju również powinna w końcu trafić w ręce demokratów, którzy liczą się z głosem społeczeństwa i nie „utrącają” nagminnie wniosków o referenda, w których społeczeństwo mogłoby się wypowiedzieć w najważniejszych dla niego sprawach? Może rzeczywiście potrzebna jest radykalna przebudowa systemu ordynacji wyborczej, aby szanse wszystkich tych, którzy ubiegają się o mandaty przedstawicielskie mogły być równe, a nie ograniczone zasobnością ich portfeli, albo też rozmachem kampanii wyborczych finansowanych pod stołami przez biznesowych lobbystów?
Dziś kampania wyborcza wygląda jak kampania reklamowa mydła, kadzidła i powidła. Zabawne jest to, że plakaty z wygładzonymi Photoshopem facjatami kandydatów na naszych przedstawicieli, przeplatają się na murach i słupach ogłoszeniowych z plakatami reklamującymi i zachwalającymi różnego rodzaju badziewie w promocyjnych cenach. „Twój kandydat na prezydenta miasta” w połączeniu z „ogórkami w promocyjnej cenie” wygląda przekomicznie. Oglądając takie zestawienia mam większą ochotę na ogórki. I podobnie jak nie da się opisać smaku tychże ogórków na plakacie (nikt nawet tego nie próbuje), tak samo na plakacie z „twoim kandydatem na prezydenta miasta” nie znajdziemy ani słowa o tym co ma nam do zaoferowania, poza własną nieskromną osóbką przy korytku. Merytorycznych debat na temat własnych pomysłów na Polskę, powiat, miasto czy gminę potencjalni „wybrańcy” unikają jak diabeł święconej wody. Wyborcy pozostaje więc ocena kandydata pod kątem ilości rozklejonych przez niego plakatów i oceny wyglądu jego fizjonomii, pracy fryzjera, krawca i grafika komputerowego, który starannie wygładził defekty skóry widoczne na zdjęciach. Czy to jest demokracja? To kpina z demokracji i kpina z wyborców, którym każe się wybierać w ciemno, opierając swoją decyzję na wyglądzie opakowania.
Nie żyjący już, portugalski pisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla w 1998 r. – José Saramago pisał, że „Głosujący mogą usunąć rząd, jeśli im nie odpowiada i umieścić na jego miejscu inny, ale ich głos nigdy nie miał, nie ma i nie będzie miał jakiegokolwiek widocznego wpływu na prawdziwą siłę rządzącą światem, a więc nie będzie miał też wpływu na losy ich kraju i ich samych. Mówię, oczywiście, o potęgach ekonomicznych, szczególnie tej wciąż powiększającej się części rządzonej przez międzynarodowe korporacje, których strategie stosowane w celu zdobycia dominującej pozycji na rynku nie mają nic wspólnego ze wspólnym dobrem, o które z definicji dba demokracja. Wszyscy wiemy, że to prawda, a jednak, wskutek jakiegoś mentalnego i werbalnego automatyzmu, który nie pozwala nam dostrzec surowych, nagich faktów, wciąż mówimy o demokracji jak o czymś żywym i dynamicznym, podczas gdy niewiele z niej dla nas pozostaje, prócz zestawu rytualnych formuł, nieistotnych wydarzeń i próżnych gestów. Nie widzimy, zupełnie jakbyśmy nie mieli tego tuż przed oczyma, że rządy, które wybieramy i za które jesteśmy odpowiedzialni, stają się coraz bardziej jedynie „politycznymi komisarzami” potęg ekonomicznych, a ich rola sprowadza się do stanowienia praw mających służyć owym potęgom.”
Prezydent Uzbekistanu Islam Karimow powiedział kiedyś: „Demokracja nie może być wykorzystywana do obalania władzy”, a z kolei Władysław Gomółka w jednym ze swoich przemówień oznajmił: „Nie obrażajcie się panowie, że my Wam tylko ofiarujemy miejsca w rządzie, takie, jakie sami uznamy za możliwe. Myśmy bowiem gospodarze (…) Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy.” PO przegrała z PiS i nagle okazuje się, że nie można policzyć głosów, a w komisjach wyborczych ujawniono rekordową liczbę przekrętów. Czyżby aż tak bardzo wzięto sobie do serca powiedzenie uzbeckiego przywódcy i przemyślenia Gomułki? A może działa tutaj zasada głoszona przez Józefa Stalina: „Uważam, że to nie ma znaczenia, kto i jak będzie głosować, ale najważniejsze jest to, kto i jak będzie liczyć głosy.”? Zmarła w 1940 r. kanadyjska działaczka anarchistyczna Emma Goldman zwykła mawiać: „Gdyby wybory mogły cokolwiek zmienić, byłyby zakazane”. Z kolei amerykański pisarz Franklin Adams mówił o tym, że: „Wybory wygrywa się głównie dlatego, że większość ludzi głosuje przeciwko komuś, a nie na kogoś.”
Nie wiem jeszcze przeciwko czemu, lub komu zagłosowała większość polskich obywateli, ale przeczuwam, że to, czego (lub kogo) chcieli się pozbyć, jest bezpośrednią przyczyną cudów, które odbywały się przy urnach wyborczych i podczas liczenia głosów. (H. Rynkowski)