Tomasz Schmydt, sędzia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który zaginął w połowie grudnia, odnalazł się na Białorusi. W publicznym wystąpieniu poinformował, że chce zostać i poprosi o azyl polityczny.
Na konferencji prasowej w Mińsku Schmydt odczytał oświadczenie „w sprawie rezygnacji sędziego” i zaznaczył, że zamierza poprosić o azyl polityczny, ponieważ nie zgadza się z polityką polskich władz, które rzekomo „pod wpływem Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii prowadzą kraj do wojny”.
Wiele może zatem wskazywać na duże prawdopodobieństwo, że Schmydt był agentem służb białoruskich, które współpracują z rosyjskimi. W swojej pracy w polskim sądzie orzekał o dostępie do informacji niejawnych, co budzi wątpliwości co do jego bezstronności.
Media informują, że Schmydt ma poważne problemy finansowe. W swoim oświadczeniu majątkowym wykazuje zero majątku i długi na kilkaset tysięcy złotych. Jednak dla doświadczanego dziennikarza śledczego taka informacja może świadczyć o tym, że Schmidt lokuje swój majątek poza oficjalnymi kanałami, co mogłoby być związane z jego domniemaną współpracą ze służbami obcymi i zawsze „gotowy jest do wyjazdu”.
Przypomnijmy, że sędzia Schmidt był medialną gwiazdą i aktywnym uczestnikiem „politycznej nawalanki”, do której chętnie przystąpili sędziowie i zawody prawnicze. Jeszcze niedawno wpierw był bohaterem stronników PIS. Jednak w pewnym momencie został również bohaterem stronników Platformy Obywatelskiej i Lewicy i zaczął blisko współdziałać w reformach firmowanych przez ministra Sprawiedliwości w rządzie obecnej władzy.
Sprawa Schmydta pokazuje infantylizm i degrengoladę intelektualną elit politycznych w Polsce. Jest to również fatalna wizytówka dla wymiaru sprawiedliwości, który powinien być niezależny i wolny od wpływów politycznych, a tym bardziej od wpływu służb państw obcych, a zwłaszcza wrogich.