KPO po polsku: jachty kluby swingersów i solaria zamiast leków i innowacji

Środki z Krajowego Planu Odbudowy, które miały wspierać gospodarkę, innowacje, ochronę zdrowia i transformację energetyczną, coraz częściej trafiają w miejsca, które z misją odbudowy kraju po pandemii mają niewiele wspólnego. Wśród projektów sfinansowanych z tych pieniędzy znajdziemy m.in. jachty, luksusowe restauracje, alkohol, pożyczki-chwilówki, a nawet… klub swingersów.

Skala i charakter tych wydatków budzą oburzenie. Część dotacji — często w wysokości około 500 tysięcy złotych — trafiła do projektów realizowanych przez osoby powiązane rodzinnie i towarzysko ze środowiskiem decydentów politycznych z partii rządzącej. To nie tylko przykład bezmyślności, ale wręcz niegospodarności środkami publicznymi.

Kiedy dotacja znika, a inwestycja nigdy nie powstaje

Lokalni dziennikarze w całej Polsce odwiedzają miejsca, które uzyskały finansowanie z KPO. W wielu przypadkach na miejscu nie ma ani śladu inwestycji, a pieniądze zostały wydane lub — co gorsza — trudno ustalić, na co faktycznie poszły. Pojawiają się sytuacje, gdzie wniosek był jedynie sprytnym opisem pomysłu, bez realnych podstaw biznesowych czy społecznych.

Mechanizm jest prosty: wystarczyło we wniosku użyć kilku modnych fraz, ubranych w tzw. meta-język urzędniczy, by niemal każdy pomysł przeszedł weryfikację.

Meta-język, czyli „mowa trawa” w wersji premium

Dokumenty KPO często są pisane w sposób, który pozornie brzmi profesjonalnie, lecz realnie niewiele mówi. To język polityczno-administracyjny, w którym:

  • Abstrakcyjne hasła typu „wzmacnianie potencjału innowacyjnego” czy „transformacja cyfrowa” zastępują realny opis działań.
  • Autoreferencyjność powoduje, że zamiast działań mamy planowanie planowania.
  • Brak mierzalnych wskaźników uniemożliwia ocenę efektów.
  • Nadmierne zapożyczenia z angielskiego (smart specialisation, benchmarking) mają sugerować nowoczesność, ale często przykrywają pustkę.
  • Rozmycie odpowiedzialności przez stronę bierną („zostanie wdrożone”, „będzie przeprowadzona analiza”) sprawia, że nie wiadomo, kto faktycznie odpowiada za projekt.

Efekt? Dokument można czytać i kiwać głową z aprobatą — aż do momentu, gdy trzeba sprawdzić, co realnie zrobiono.

Przykładów absurdów nie brakuje i codziennie się ich ilość powiększa.

  • Catering „historyczny” w restauracji w centrum Krakowa.
  • Mobilne ekspresy do kawy w solarium.
  • Solarium w pizzerii.
  • Gry w brydża jako „innowacyjna” oferta hotelowa.
  • Jachty kupowane przez restauratorów pod hasłem „dywersyfikacji działalności”.
  • Domki na wodzie i mobilne pokoje hotelowe finansowane z funduszy „postpandemicznych”.
  • Lokal dla swingersów z dotacją blisko pół miliona złotych.
  • Prowadzenie usług gastronomicznych w altanach ogrodowych oraz organizację zewnętrznej siłowni funkcjonującej w oparciu o autorski program ćwiczeń z dotacją ponad ponad 400 tysięcy złotych.

Łącznie, według szacunków, na podobne projekty mogło trafić około 1,2 miliarda złotych.

„Planowanie planowania” — przykład z Gminy z Bieszczad

Gmina Ustrzyki Dolne zgłosiła m.in. „Nowy model transferu turystycznego w Bieszczadach” oraz „Bieszczadzką geotermię” w pierwszym etapie odwiertu badawczego. Projekty brzmią ambitnie, ale brak w nich podstawowych szczegółów: skąd geotermia, jak ma działać system, kto odpowiada za realizację i w jakim czasie.

Podobne przykłady można znaleźć w sektorze cyfryzacji, gdzie projekty opisywane są jako „wspieranie robotyzacji” czy „wdrażanie technologii chmurowych” — bez wskazania, co konkretnie zostanie zrobione.

W mętnej treści łatwiej oszukiwać

Proces przyznawania dotacji, od formy wniosków po weryfikację projektów, jest wadliwy. Brak realnej oceny merytorycznej i kontroli po wydaniu pieniędzy otwiera furtkę dla nadużyć. W efekcie zyski są prywatyzowane, a koszty — uspołeczniane.

To nie jest drobna wpadka. To system, w którym politycy i urzędnicy ponoszą pełną odpowiedzialność za brak nadzoru nad miliardami złotych publicznych pieniędzy.

Dodaj komentarz